Chwała Bogu za Freuda! *

Kiedy szukam lekarza kardiologa lub okulisty, nie zwracam specjalnej uwagi na to, czy jest on na przykład buddystą lub agnostykiem. Może nas różnić to, jak pojmujemy człowieka,  jednak gdy chodzi o leczenie dotyczące bezpośrednio ciała, nie ma to większego znaczenia.  Granice kompetencji stosowanych metod i narzędzi terapeutycznych są bowiem w tych dziedzinach medycyny dużo łatwiejsze do ustalenia niż w terapii posługującej się narzędziami psychologicznymi.

Jako czynny w duszpasterstwie proboszcz z nadmorskiej wsi uzdrowiskowej od kilku lat prowadzę także – ale nie dla moich parafian! – gabinet psychoterapii  psychoanalitycznej. Dla większości moich pacjentów fakt, że jestem księdzem rzymskokatolickim, miał decydujący wpływ na ich motywację do podjęcia terapii właśnie u mnie. Problemy, z jakimi przyszli do gabinetu psychoterapeutycznego, przedtem próbowali rozwiązywać przede wszystkim za pomocą środków  religijnych. Dopiero gdy to się  nie powiodło, odważyli się na psychoterapię, zaznaczając przy tym w rozmowie wstępnej, że religia stanowi bardzo ważną część ich życia. Byli jednak i tacy pacjenci, którzy najpierw pytali mnie o moje psychoterapeutyczne kompetencje, o stosowaną przeze mnie metodę terapii, nierzadko nawet o to, czy się superwizuję – i u kogo. Potem i u tych pacjentów w miarę rozwoju procesu terapeutycznego pojawiał się jednak – aczkolwiek z różną intensywnością – wątek problemów i cierpienia z obszaru religijnego.

W pewnym momencie, już po wytworzeniu się więzi terapeutycznej, także obszar przeżyć religijnych jest poddawany psychoanalitycznemu badaniu właściwymi sobie środkami  i metodą. Doświadczenie religijne, chociaż w ujęciu chrześcijańskim stanowi wartość autoteliczną i autonomiczną, jest przecież przestrzenią dającą się badać i opisywać w kategoriach przeżyć emocjonalnych i umysłowych. Jakość tych przeżyć może służyć rozwojowi osobowości pacjenta, ale może też ten rozwój w mniejszym lub większym stopniu hamować i zaburzać. Okazuje się – takie przynajmniej są moje obserwacje – że materiał kliniczny doświadczeń religijnych jest wyjątkowo delikatną dziedziną, która bardziej niż inne może wpływać na psucie procesu terapeutycznego osób o światopoglądzie religijnym.

Jako terapeuci często popełniamy metodologiczny błąd, którego następstwa doceniamy zbyt słabo – lub w ogóle ich nie doceniamy. Na przykład w interpretacjach,  posługując się metodami właściwymi dla techniki psychoanalitycznej, w przekonujący sposób przedstawiamy pacjentowi przebieg jego nieświadomych przeżyć, myśli i fantazji – i oto niepostrzeżenie zaczynamy zajmować wobec pacjenta pozycję nadmiernie omnipotentną. Przekazujemy mu mianowicie komunikat, niekoniecznie sformułowany werbalnie, że skoro przeanalizowaliśmy pod względem struktury i treści ukryte znaczenia jego religijnych doświadczeń, to tym samym poznaliśmy ich istotę. A przecież świadomość i wiedza, jak coś się dzieje, nie są  tożsame z uchwyceniem, czym to zjawisko jest.        

Kiedy bowiem podejdziemy do świata przeżyć pacjenta posługując się psychoanalityczną „zasadą rzeczywistości”, okazuje się, że ostatecznie rzeczywistość jego przeżyć religijnych nie daje się pod względem poznawczym wyczerpująco i adekwatnie opisać. W tym momencie dotykamy problemu, który został sformułowany w pytaniu ankiety. Jeśli terapeuta jest agnostykiem, to zakłada, że istota każdego doświadczenia, każdego zjawiska przeżywanego przez pacjenta da się wyczerpująco uchwycić i wyjaśnić, jak nie w tej chwili, to w przyszłości. Bo według niego taka jest natura rzeczywistości – skończona. Tymczasem pacjent doświadcza czegoś, co jest niewyrażalne i nieskończone, ba, zupełnie odrębne i inne od wszystkiego, co istnieje. Jako terapeuci możemy  to badać, ale nie możemy tym całkowicie suwerennie kierować.

W tej sytuacji napięcie między światopoglądem pacjenta i światopoglądem terapeuty, zwłaszcza w terapii analitycznej, w miarę rozwoju procesu analizy będzie się zaznaczać coraz mocniej. Oczywiście, dobra superwizja może być tutaj bardzo pomocna, ale jeśli superwizor jest także agnostykiem, to nastąpi skopiowanie sytuacji. 

Trzeba jednak powiedzieć, choć zabrzmi to paradoksalnie: Bogu niech będą dzięki za to, że byli i są tacy badacze jak Freud, którzy konsekwentnie „odmawiają prawa” do uznawania obiektywnej obecności zjawisk nadprzyrodzonych w procesach funkcjonowania umysłu i w naszych wszystkich wewnętrznych przeżyciach. Choć mnie, jako człowieka wierzącego, niepokoi i boli, kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo  ludzkie i subiektywne są nasze obrazy Boga, to jednak od rozumnego poznawania moich przeżyć religijnych  nie mogę się odciąć. Mówiąc w trochę szorstkim uproszczeniu, rzetelna psychoterapia czy analiza odbiera nam możliwość posługiwania się ideą Boga dla zapełnienia luk w naszym poznawaniu i pełniejszym doświadczaniu rzeczywistości. Przeżywając doświadczenie wiary, choć w tych przeżyciach zawiera się owo „coś zupełnie innego”, w swoich naturalnych władzach poznawczych posługujemy się pewnym obrazem świata i człowieka. I chodzi o to, by ten obraz w doświadczeniu religijnym był, jeśli nie w harmonii, to przynajmniej w równowadze ze zdobyczami aktualnej wiedzy o naturze procesów przebiegających w wewnętrznych przeżyciach człowieka.

Poruszając się w obu tych przestrzeniach i starając się o neutralność światopoglądową w procesie psychoterapii, nie unikniemy napięcia. Kiedy prowadzę terapię, zaznaczam pacjentowi, że w trakcie jej trwania nie będę mu służył pomocą środkami religijnymi, to znaczy sakramentami, a zwłaszcza konfesjonałem. Nie kwestionuję w ten sposób rzeczywistości nadprzyrodzonej i jej sposobów działania, czyli łaski, ale skoro zgodnie z nauką Kościoła gratia supponit naturam („łaska buduje na naturze”), to terapia powinna opierać się na założeniu, że od łaski jest Pan Bóg, a my – terapeuci – jesteśmy od spraw natury – i nią przede wszystkim będziemy się zajmować. Na początku procesu terapeutycznego fakt, że jestem księdzem, a mój pacjent osobą wierzącą, może być pomocny, ale później bywa często przeszkodą w procesie terapeutycznym.

W symbolizacji sfery religijnej są umieszczone najbardziej delikatne, subtelne, ale też zarazem sztywne mechanizmy hamujące dostęp do bardzo wczesnych, dziecięcych, a nawet niemowlęcych struktur obronnych.  Pacjent może się obawiać, że traci wiarę i że ja swoimi interpretacjami przekreślam istnienie Boga.  W dynamice rozwoju doświadczenia religijnego dzieje się to, co w języku wewnętrznego życia religijnego nazywamy „oczyszczeniem czynnym”. Często dochodzi w tym momencie do zerwania terapii.  W takich sytuacjach dobrze jest wcześniej zaznaczyć, żeby pacjent w czasie trwania terapii nie przerywał swojej normalnej aktywności religijnej i korzystał w tym obszarze z pomocy innego księdza. Sam z kolei nie przerywam oczywiście swojej superwizji, korzystając przy tym z pomocy osoby o innej niż moja opcji światopoglądowej.

Opisana wyżej sytuacja mówi nie tylko o potrzebie dobrego przygotowania terapeuty na wypadek napięć pojawiających się w pracy z pacjentem o innym światopoglądzie. Terapeuta powinien mieć odwagę konfrontować posiadaną wiedzę i zdobyte doświadczenie            z różnymi pod względem światopoglądowym źródłami. Albowiem nawet wtedy, gdy terapeuta ma tę samą wizję człowieka co jego wierzący pacjent, poruszanie się w sferze analizy doświadczeń religijnych jest zadaniem  wyjątkowo trudnym. Ale i  pasjonującym.

 

                                                                             Andrzej Pęcherzewski

 *Między kozetką a konfesjonałem, red.K.Jabłońska, C.Gawryś, Warszawa 2010

czytaj więcej >>
Autor: Andrzej Pęcherzewski Data dodania: 2011-03-30 Data modyfikacji: 2012-11-09
© Andrzej Pęcherzewski 2007    Design & Script - webLINK    XHTML 1.0    CSS